sobota, 6 października 2012

57. Hey, ich bin Bill Kaulitz!

Kto kojarzy, dla tego punkt! :) http://www.youtube.com/watch?v=h5-rIyM27Us

57. Hey, ich bin Bill Kaulitz!

Nie podobała mu się sytuacja, w jakiej się znalazł. Był wściekły, że Adam zostawił go w domu samego w roli niańki dla zalanego kumpla, podczas gdy sam pojechał odgrywać bohatera gdzie indziej. W tamtej chwili obce mu było współczucie dla pobitego w klubie Neila i jego żony. Był zmęczony, wściekły i obolały. Marzył o solidnej dawca snu.

Przyniósł z kuchni butelkę wody i postawił ją razem z proszkami przeciwbólowymi obok śpiącego Tommiego, sam zaś usiadł obok i obserwował jego sen. Zazdrościł mu tego spokoju i kompletnego braku odpowiedzialności.

Powieki ciążyły mu coraz bardziej. W końcu przestał się bronić.

*

- Bill. Bill.

Przywitało go zimno, ciemność i potworny ból pleców. Zaśnięcie na siedząco nie było najlepszym pomysłem.

- Idź do łóżka. Ja go popilnuję.
- Co z Neilem?
- Nic mu nie będzie.
- To dobrze.

Podniósł się przy akompaniamencie strzelających kości. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę schodów.

- Scheisse! – warknął, gdy uderzył nogą w jeden ze stopni. Przystanął pod wpływem bólu.
- Wszystko ok? Pomóc ci?
- Nie, jest ok.

Pokuśtykał prosto do sypialni.

*

Pomieszczenie zdążyła już wypełnić para wodna, niosąc za sobą zapach kojącego zmysły owocowego płynu do kąpieli. Gorąca woda rozluźniała mięśnie i uspokajała ich oboje. Bill przytknął do ust kieliszek szampana, przymykając przy tym powieki.

- Lepiej? – spytał Adam. Młodszy brunet otworzył oczy w odpowiedniej chwili, by ujrzeć język wolno przesuwający się po pełnych różowych wargach.
- O wiele… - mruknął rozkosznie.
- To dobrze…

Cieszyli się swoją obecnością w to spokojne popołudnie. Z naciskiem na „spokojne” po upiornej nocy i ranku.

- Ten klub, o którym mówiłeś…
- Sprawdzony. Impreza zamknięta, żadnych reporterów. Dla większej pewności wejdziemy osobno.
- Świetnie.

Wziął kolejny łyk, delektując się gorzkim smakiem alkoholu. Odłożył kieliszek.

- Nie mieszczę się w tej wannie! – prychnął, gdy próbował ułożyć się z powrotem.
- Wiesz, przez większość czasu mieszkam tutaj sam, więc nigdy nie potrzebna mi była duża wanna. Trzeba oszczędzać wodę. Oj, przestań się krzywić! Po prostu przysuń się bliżej.
- Nie, kochanie. Potrzebuję trochę przestrzeni – odparł, odrzucając włosy do tyłu.
- Rzadko mówisz do mnie „kochanie” – na twarzy Adama malowało się zainteresowanie. Bill zaś poczuł się nieswojo.
- Przepraszam, ja po prostu nie przywykłem… I nie wiedziałem, czy mogę się tak do ciebie zwracać, czy to nie brzmi jakoś nieodpowiednio – próbował się usprawiedliwić, lecz szło mu to dość nieporadnie. Mówił prawdę, ale nie potrafił odpowiednio złożyć zdań.
- Czemu nieodpowiednio? A zresztą, nieważne. Wolę jak ci się to czasem wymsknie niż jakbyś tego nadużywał – spojrzenie Kaulitza ukazywało niezrozumienie. Finalista Idola kontynuował. – Słowa powtarzane wiele razy tracą swój urok. Poza tym twoje zakłopotanie jest urocze.
- Pff, „urocze”! – warknął w odpowiedzi na cmoknięcie mężczyzny. – Chyba czas na nas. Bąbelki się kończą – zauważył.
- Mówisz jakby ci to przeszkadzało.

Błękitne ślepia błysnęły w gotowości do ataku. Oddech przyspieszył, gdy potężniejszy brunet zbliżył się do niego. Górował nad nim i jego nagim ciałem. Bill nie był w stanie zrobić żadnego ruchu. Silne ręce po obu jego stronach. Mięsiste usta znaczące ścieżkę od ust w dół żuchwy i niżej. Nie powstrzymał westchnienia, które wyrwało się z jego gardła, kiedy pierwsze pocałunki spoczęły na jego szyi.

- Adam, nie… - zdołał wydusić z siebie w ostatniej chwili.
- Dlaczego?
- Potrzebuję przerwy po wczorajszym.

Ich spojrzenia spotkały się. Niebieskie tęczówki lustrowały blade ciało, zatrzymując się przy kilku siniakach i zadrapaniach.

Adam uśmiechnął się zadziornie.

- Teraz ci daruję, ale następnym razem nie będzie tak łatwo.

Delikatnie ucałował policzek swojego partnera.

*

Wbrew obawom Billa wszystko szło idealnie. Nie było żadnych problemów z wejściem do klubu, a w środku obaj mogli czuć się zupełnie bezpiecznie.

Na imprezie pojawiło się co najmniej kilku znajomych Adama, których jego chłopak kompletnie nie kojarzył. Może spotkał ich gdzieś wcześniej, może nie. Z przewijających się twarzy brunet poznawał jedynie Cheeksa.

- Jak się bawicie? – zagadnął mężczyzna będący po więcej niż jednym drinku.
- Jest ok, ale dopiero przyszliśmy – odparł Lambert.

Rozmawiali tak chwilę, podczas gdy Kaulitz stał nieco z boku i obserwował otoczenie, popijając kolorowy napój.

- Chodź, zatańczymy.

Nie musiał mu tego dwa razy powtarzać. Młodszy brunet w podskokach ruszył za piosenkarzem, by już za moment całkowicie dać się ponieść muzyce płynącej z licznych głośników. Tańczyli, przytulali się, całowali. Kilka razy Adam się zapomniał i uniósł w górę lżejszego od siebie chłopaka, któremu średnio się to podobało.

Za którymś kolejnym razem Kaulitz opuścił parkiet i wrócił do baru.

- Przecież cię przeprosiłem…
- Spadaj.
- Ej, co z wami – Brad pojawił się znikąd nieco rozluźniając atmosferę.
- Bill nie lubi, gdy go podnoszę – zaśmiał się Adam. Bill prychnął.
- Nie jestem lalką!
- Ogarnij się! Ciesz się, że masz silnego faceta! – Bell klepnął go po ramieniu. – Żadnych kłótni, bawimy się!
- Cheeks, a gdzie twoja zdobycz? Miałeś nam ją przedstawić.
- Gdzieś szaleje jak zawsze. O, tam jest! – wskazał na mężczyznę wijącego się przy jednej z rur do tańca.
- Tańczyłeś na takiej kiedyś? – brunet zapytał swojego chłopaka. Kaulitz zrobił wielkie oczy.
- Ja?!
- Ciebie pytam.
- Za kogo ty mnie uważasz?!
- Ej, ja próbowałem!
- I jak wrażenia?
- Jestem za ciężki – zaśmiał się, drapiąc się po głowie. – Za to ty mógłbyś spróbować. To byłoby seksowne…
- Nie.
- Zrób to dla mnie…
- Bierz łapy!
- Adam, pozwól na moment.

Mężczyźni rozmawiali chwilę na osobności, co i raz śmiejąc się i spoglądając na Kaulitza, któremu wcale się to nie podobało. Gdy Adam wrócił, Brad gdzieś zniknął.

- Cheeks przyniesie nam drinki.
- O czym tak rozmawialiście?
- O tobie, ale wszystkiego dowiesz się później.

Wreszcie pojawił się Bell z dwoma szklankami w dłoniach.

- Dosypaliście mi tu czegoś? – spytał niepewnie brunet, otrzymawszy jeden z drinków.
- Co ty wygadujesz, skarbie…
- Te drinki to specjalność klubu. Spróbuj, są zajebiste!
- Nie ufam wam. Niech Adam też wypije.
- Jak sobie życzysz.

Zatopił usta w trunku. Musiał przyznać, że był rzeczywiście dobry.

Stracił rachubę, ile szklanek tego wieczoru przewinęło mu się przez ręce. Ostatnie co pamiętał to zimny metal w jego dłoniach.

*

Obudziło go głośne „Cholera!”. Nie ukrywał, że nie była to miła pobudka. Czuł, że jego głowa zaraz eksploduje. „Nigdy więcej nie piję…”

- Bill, musisz to zobaczyć - dobiegł do niego zaniepokojony głos Adama. Niechętnie zwlekł się z łóżka i doczłapał do salonu, by zobaczyć czarnowłosego mężczyznę trzymającego w garści kamerę.
- No i? - zapytał.
- Mamy problem.
- Jaki znowu problem - warknął z niezadowoleniem. Położył dłoń na pulsujących skroniach.
- Wiesz, może lepiej pokażę ci to na większym ekranie - rzekł Adam, siadając na kanapie i otwierając laptopa.
- Powiedz po prostu o co chodzi.
- Musisz to zobaczyć.

Chłopak położył się obok swojego partnera. Przymknął oczy i czekał aż plik ściągnie się z pamięci kamery i zapisze na komputerze. Nareszcie.

- Nie załam się tylko...

Dwudziestolatek powoli spojrzał na ekran, by za chwilę jego oczy przybrały wygląd dwóch spodków. Na filmie zobaczył siebie na łóżku wraz ze swoim partnerem. Obaj byli kompletnie pijani. Film musiał powstać wczorajszej nocy.

- Hey, ich bin Bill Kaulitz - padło z ust młodszego z "aktorów", który za chwilę parsknął śmiechem i odwrócił się plecami do obiektywu.
- A z tej strony Adaaam Lambeert! - już obydwoje tarzali się ze śmiechu. - A dzisiaj nagramy razem glamporno!

Na dźwięk tego słowa brunetowi zrobiło się słabo. On z Adamem na nagraniu?! To nie mogło się dziać, to nieprawda...

Bill czuł, że wszystko podchodzi mu do gardła, widząc jak na kolejnych sekundach nagrania całuje się z Adamem i ściąga kolejne warstwy garderoby. Więc to prawda, naprawdę to zrobili. Kompletnie załamany schował twarz w dłoniach. Co jeszcze zrobili po pijaku? Miał tylko nadzieję, że nigdzie nie rozpowszechnili tego nagrania. Ale skoro Adam dopiero co zgrał je z kamery, oznacza to, że nic takiego nie miało miejsca. Odetchnął z ulgą.

Po chwili coś do niego doszło. Szybko położył dłoń na touchpadzie i przewinął filmik. Poczuł się jakby ktoś zdjął z niego kilkutonowy ciężar. Na szczęście dla niego "glamporno" skończyło się na etapie pieszczot ustami i językiem oraz rozebrania do bielizny. Na więcej parze kochanków paradoksalnie nie pozwolił alkohol. Ten sam, który zaciągnął ich do łóżka, uśpił ich przed najważniejszym momentem. Dwudziestolatek runął plecami na łóżko, ponownie zakrywając twarz w dłoniach.

- Dobrze, że nikt tego nie widział - szepnął.
- Czemu? Całkiem nieźle wypadliśmy.

Kaulitz z kwaśną miną spojrzał na swojego towarzysza, który właśnie obdarzał go jednym ze swoich słodkich uśmiechów. Znów zasłonił twarz.

- Masz to skasować. Nie chcę tego więcej widzieć.
- Daj spokój, jest dobre.
- Nie, Adam! Po prostu nie!
- Dobra, niech ci będzie. Ale marudzisz.

Bill odwrócił się na bok i westchnął głęboko. Co by było jeśli ktokolwiek dowiedziałby się o tym filmie? Obaj byliby skończeni. A przynajmniej on.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk puszczanego filmiku i zamka błyskawicznego. W mig doszedł do siebie.

- Adam, co ty do cholery robisz?!
- No co? To dobry filmik.
- Wyłącz to do jasnej cholery!
- Pf, niech ci będzie. Zachowujesz się jakbyś nie wiedział, co się robi z dobrym pornosem.
- Zboczeniec.
- Cnotka.
Drache

niedziela, 30 września 2012

56. Niespokojna noc



Poderwał się z wilgotnej kołdry. Zalany był zimnym potem.
Samochód prędko podjeżdżał pod górę. Stromy podjazd uniemożliwił dotarcie do celu. Koła zaczęły się gwałtownie cofać, a pojazd runął w przepaść, odbijając się od kamiennych wzniesień zbocza. Neil.
Przetarł oczy, spoglądając na zegarek. Czwarta trzydzieści pięć. Niżej od linii jego wzroku leżał Bill, pogrążony w głębokim śnie. Adam opadł na gorącą poduszkę, próbując odpędzić od siebie wizje, które przed chwilą go naszły.
Leżał przez ponad dwadzieścia minut, nie mogąc zmrużyć oka. Choć mentalna więź jaka łączyła go z Neilem nie była tak intensywna jak ta łącząca braci Kaulitz, kiedy przychodził zły sen, przychodziły także obawy. Niemal za każdym razem nocne koszmary zwiastowały wydarzenia, których pragnąłby uniknąć. Nie wiedział, gdzie znajduje się granica między troską a przewrażliwieniem.
Zsunął nogi z łóżka, czując ból w łydkach. Wydarzenia ostatniego wieczoru oraz ogólne zmęczenie dały mu porządnie w kość. Przeciągając się w miejscu ziewnął głęboko i wstał, narzucając na ramiona stary sweter.
Droga po szklankę wody wydała mu się dłuższa niż zazwyczaj. Może to ze względu na panującą wszechobecnie ciemność, pośród której czuł się źle (latarnie uliczne szwankowały od kilku dni, a opady śniegu uniemożliwiały ich naprawę). Tylko czekał na przerażający krzyk, mający dotrzeć do niego z każdej strony. Tak się jednak nie stało.
Nie popadaj w paranoję. To tylko sny. I tylko ciemność.
Spoglądał w okno. Styczniowy śnieg prószył, sprawiając, że cała okolica pokryła się warstwą białego puchu. Dłonie spoczęły na chłodnej ladzie, a oczy próbowały wychwycić cokolwiek pośród panującego mroku. Jeden samochód przeciął drogę i zniknął na najbliższym łuku.
Zadrżał, gdy lodowate dłonie spoczęły na jego biodrach. Powieki mimowolnie opadły, a wytężony słuch odbierał każdy, najmniejszy szmer wydobywający się spomiędzy rozchylonych warg.
- Też nie mogę spać.
Adam przewrócił oczami i zacisnął powieki – Miałem zły sen.
Ciche parsknięcie – Daj spokój. To nic nie znaczy. Czekam w łóżku.
- Chwila – Odparł cicho, odwracając się przodem do wysokiego chłopaka. Mimo panującej ciemności dostrzegł jego błyszczące tęczówki i czarne plamy rozmazanego makijażu wokół oczu. Całkiem przyjemne ukłucie w klatce piersiowej.
- Jesteś wspaniałym chłopakiem.
Bill patrzył z niezrozumieniem, po czym przechylił głowę na bok – Adam, dobrze się czujesz?
Lambert zwrócił się w stronę okna, nadal obejmując wokalistę w pasie. Podsadził go na ladę i zwinnym ruchem wpił swoje wargi w miękką skórę jego szyi.  Szczupłe nogi objęły jego pas, a ciało spięło się pod wpływem przyjemnego doznania.
- Kochanie, czy możemy dziś…
- Nie przestawaj – Usłyszał cichy szept, gdy chude palce wplotły się w jego włosy i przyciągnęły głowę do swoich ust. Bez chwili zastanowienia wcisnęli języki wzajemnie między rozpalone wargi.
Dźwięk telefonu. Na to czekał i tego się obawiał. Zimny pot momentalnie pojawił się na jego plecach, a ciało uległo sparaliżowaniu. Słyszał swoje imię wypowiadane z charakterystycznym akcentem. Porwał się w kierunku komórki, którą zostawił w salonie. Wiedział, że to Neil. Że sny były proroctwem. Nie patrząc na wyświetlacz nacisnął zieloną słuchawkę.
- Słucham? Co się stało?
Charczący odgłos.
- Halo?
- Tsss… Weź mnie stąd, trzeba zapłacić, bo policja będzie… weź tu, ten klub co…
- Tommy? – Ciężar spadł mu z serca. Odetchnął – Mów jaśniej.
- No szampan drogi, cholera! I portfel zniknął, teraz nie mogę wyjść… Giddle, przyjedź.
- Zaraz będę – Westchnął, zrywając połączenie – Bill? – Zawołał, wracając do kuchni – Musimy jechać. Tommy się upił i ma problemy.
Kaulitz założył ręce na piersi – Jest środek nocy, a ty mówisz „jedziemy”?
Brunet wzruszył ramionami – Nie musisz, jeśli chcesz wrócić do łóżka.
- Do jasnej cholery, to nie jest dziecko, żebyś musiał się nim zajmować jak niańka! Nie przerywaj mi! – Uniósł głos, gdy Adam próbował wejść mu w słowo – Przyjąłem do wiadomości, że nie zamierzacie tracić kontaktu i dobrych relacji, ale żebyś w środku nocy odbierał go z imprez na których zachlał, to już drobna przesada.
Adam wziął głęboki oddech, starając się zachować stalowe nerwy. Zacisnął dłonie w pięści.
- Jedziesz ze mną czy mam ruszać sam?
Brązowe oczy zapłonęły. Wiedział, że Lambert się nie ugnie, a kolejne starcie nie przyniesie niczego dobrego. Poszedł w stronę garderoby, po drodze uderzając pięścią w miękkie skrzydło szafy.
***
Nie odzywali się do siebie przez całą drogę. Nie było mowy nawet o zmęczeniu – napięta atmosfera sprawiła, że ich serca biły jak oszalałe. Giddle. Miejski klub, w którym Tommy spędzał większość swojego wolnego czasu od momentu, gdy Kris zajął się swoim życiem i nabierającą tempa karierą.
Wspólnie przekroczyli próg pomieszczenia, gdzie uderzył w nich zapach ostrego, papierosowego dymu. Zaczęli się rozglądać, by odnaleźć wśród tłumu jednego chłopaka. Nie musieli tracić zbyt wiele czasu.
Dwóch ochroniarzy stało ponad drobnym blondynem, przysypiającym na kanapie.
- No, bierz swoją śpiącą królewnę i znikamy stąd – Rzekł Bill, jednak jego głos zaginął pośród głośnej muzyki. Adam, rozpychając się między stolikami podszedł do mężczyzn. W pewnym momencie rozłożył ręce i odwrócił się w stronę Kaulitza, machając w jego stronę. Szczupły chłopak niechętnie zbliżył się, patrząc z pogardą na Ratliffa.
- Masz pięćset dolarów przy sobie?
- Ile?! – Wrzasnął na tyle głośno, że wszyscy wkoło obejrzeli się na niego – Tyle nie przewaliłem nawet na nową kolekcję Gucciego!
- Nie chcę mieć policji na głowie – Odparł Adam, patrząc w oczy chłopaka – Oddam ci te pieniądze, proszę.
Dwóch mężczyzn patrzyło na niego wyczekująco. Zacisnął zęby i wyciągnął portfel, przeszukując banknoty. Wcisnął je w rękę czarnowłosemu, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął wśród tłumu.
Adam starał się unikać skupiania na sobie większej uwagi. Kucnął przy basiście, klepiąc go po twarzy.
- Halo? Wracamy do domu, tak?
- M…
- Tommy, dasz radę sam wstać?
- Yh...
- Rozumiem – Westchnął i wstał, biorąc drobnego mężczyznę na ręce. Przecisnął się przez tańczący tłum i pchnął wyjściowe drzwi, trafiając od razu na parking – Ty gówniarzu – Mruknął do siebie, stawiając blondyna na ziemi – Robisz mi same problemy, wiesz?
- Dzięki… - Usłyszał jedynie niewyraźny bełkot. Mocno objął blondyna i powoli szedł z nim w stronę samochodu, gdzie miejsce pasażera zajmował Bill. Piosenkarz podszedł do auta, mocując się z drzwiami. Nie chciał prosić o pomóc, nie miał na to odwagi. Ułożył Ratliffa na tylnym siedzeniu i obszedł samochód siadając w fotelu kierowcy.
- Nie pozwoliłem tu palić – Rzekł ostrzegawczo w stronę Billa, który nie zareagował na uwagę. Lambert chłodnym wzrokiem patrzył na drogę przed sobą. Wcisnął sprzęgło i dodał gazu, ruszając w stronę domu.
- Jeszcze powiedz, że wieziemy go do ciebie – Rzekł Kaulitz.
- No a gdzie? Mam go wyrzucić na stacji benzynowej?
- Ja pierdolę to, gdzie ty go wyrzucisz – Warknął Bill – Coś mi się chyba należy.
Adam westchnął głośno i po przejechaniu niespełna kilometra zatrzymał auto na poboczu. Rozpiął pasy bezpieczeństwa – Wysiadaj.
Kaulitz szeroko otworzył oczy – Chcesz mnie wyrzucić na środku drogi w samym środku nocy?
- Wyjdź – Rzekł stanowczo, również opuszczając samochód. Bill zdezorientowany otworzył drzwi i stanął na krawędzi asfaltu pokrytego cienką warstwą puchu. Rzucił papierosa za siebie, po czym obserwował zachowanie Adama. Brunet obszedł auto i przycisnął chłopaka do karoserii. Kaulitz nigdy nie widział w tych niebieskich oczach takiej agresji.
- Nie – Rzekł, gdy męska dłoń rozpinała pasek jego spodni – Nie! – Szarpnął się, lecz zdało się to na nic. Tylko on, silniejszy mężczyzna i śpiący na tylnym siedzeniu pijany trzydziestolatek. Krawędź metalowej karoserii wbijała się w linię pod jego łopatkami, a serce biło mocniej niż zwykle. Sprzączka zabrzęczała dźwięcznie, a strach zalał jego ciało. Nie był to jednak strach, który go przerażał; było w nim coś wyjątkowo podniecającego. Surowy wyraz twarzy, oczy przeszywające jego duszę na wskroś i zwinna dłoń, która wślizgnęła się pod bieliznę. Rozchylił wargi, nie opuszczając powiek. Czuł, że jego kolana zaczynają drżeć. Masywne palce śmiało objęły całą długość jego członka i zaczęły go mocno masować. Spomiędzy suchych warg zaczęły wydobywać się pojedyncze jęki, które Adam stłumił, przyciskając dłoń do ust Kaulitza. Brązowe oczy stały się zamglone i po zaledwie kilku kolejnych ruchach ręka starszego z dwojga pokryła się gorącym, gęstym płynem. Chude ciało zadrżało kilkukrotnie i spięło się.
- Wsiadaj do samochodu.
Jedyne słowa, jakie do niego dotarły. Wziął głęboki oddech, otworzył drzwi i opadł na miękki fotel, nie unosząc powiek. Czuł się beznadziejnie, gdy zabawa z nim trwałą tak krótko. Nie mógł jednak nic sobie zarzucić – obecność takiego mężczyzny jak Adam działała na niego piorunująco.
***
- Nie zostawię go w samochodzie.
- W naszej sypialni również nie będzie spał.
- Mam kanapę – Rzekł Adam, wyciągając Tommy’ego z tylnego siedzenia. Powolnym krokiem dotarli do domu. Słońce jeszcze nie wzeszło, jednak niebo stało się nieco jaśniejsze. Przybrało szarawą barwę. Lambert miał dość tej nocy, dopiero teraz zaczął czuć szczypanie pod powiekami. Spojrzał na przyjaciela. Blondyn wtulił się w miękką poduszkę i nie zbudził go nawet dźwięk telefonu. Adam niechętnie złapał komórkę i wcisnął przycisk z zieloną słuchawką.
- Tak?
- Adam, mamy kłopoty – Rzekł zaniepokojony głos żony Neila.
Marona

sobota, 22 września 2012

55. Ostatnie dni wolności

55. Ostatnie dni wolności

Obracał się z boku na bok, zmieniał pozycję, kulił się, wyciągał, ale nic nie pomagało, sen po prostu nie chciał przyjść. Pieczenie w ręce drażniło go niemiłosiernie.

- Adam, śpisz? – odezwał się, choć miał niemal stuprocentową pewność, że brunet także nie może zmrużyć oka.
- Nie, nie śpię – zabrzmiała odpowiedź, dokładnie taka jakiej się spodziewał. To dobrze, może razem coś na to zaradzą.
- Nie mogę spać – spróbował zainicjować rozmowę. Wtulił się w drugie ciało. – Ał…
- Jesteś głupi – zbeształ go Adam. – Powinieneś był od razu iść z tym do lekarza.
- Nie zaczynaj znowu – odpowiedział zirytowany, choć wiedział, że Lambert ma rację. – Teraz jest już za późno.
- Wcale nie jest za późno. Chodź, podjedziemy do jakiegoś punktu medycznego. Będę spokojniejszy.
- Nie chcę.
- Ale ja chcę. Zostawię kartkę dla Toma i Sashy.

*

Zeszło im się dłużej niż przypuszczali, dotarcie do lekarza było o tej porze nie lada wyzwaniem. Stracili również sporo czasu na samym oczyszczaniu rany. To oczywiste, iż najlepiej byłoby od razu zwrócić się o pomoc do specjalisty, po kilku godzinach zabieg był o wiele trudniejszy. Jedynym plusem całej sytuacji było uniknięcie uwagi mediów, które zainteresowały się wczorajszym zajściem.

Szli razem, wtuleni w siebie jak para, którą przecież byli. Nie uważali na paparazzi, Bill potrzebował oparcia.

Gdy wrócili do łóżka, słońce wyłaniało się już zza horyzontu. Adam przepuścił młodszego chłopaka, pozwalając mu się wygodnie ułożyć. Później sam zajął miejsce u jego boku. Dwudziestolatek obrócił się i ucałował jego usta.

- Dziękuję ci, że jesteś – szepnął. Brunet obdarzył go jednym ze swoich uśmiechów, który sprawił, że kojące ciepło rozlało się po młodym ciele.

Leżeli tak jakiś czas wpatrując się w siebie nawzajem. Chłonęli swoje ciepło i zapach.

- Nie chcę wyjeżdżać.
- Jedź ze mną do LA.
- Nie mogę. Mój menadżer kontroluje każdy mój ruch.
- No i co z tego?
- Kończą mi się argumenty, dlaczego tyle jeżdżę do Stanów.
- Jeździsz do mnie. Potrzebujesz jeszcze jakiegoś argumentu?
- Przecież nie powiem mu, że jeżdżę do ciebie.
- On nadal o mnie nie wie?
- Nie. Chyba.
- Nie sądzisz, że to trochę dziecinne?
- Możliwe, ale nie chcę jeszcze kończyć kariery.
- Trzeba było o tym pomyśleć zanim się ze mną związałeś.
- Oddzielam życie prywatne od zawodowego. A twój menadżer o nas wie?
- Wie, że mam kogoś, to wszystko. Nie musi wiedzieć nic więcej.
- Zazdroszczę ci.
- Co ci szkodzi coming-out?
- Bardzo dużo, wiesz o tym.
- Kiedyś będziemy musieli wyjść z cienia.
- Wiem, ale mam nadzieję, że wtedy warunki będą bardziej sprzyjające.
- Chciałbym kiedyś z tobą współpracować – napomknął Adam. – No wiesz, jakiś wspólny występ czy coś.
- Ostatni nie wyszedł zbyt dobrze – mruknął w odpowiedzi.
- Nie o takie coś chodziło. Wyobraź sobie nas na jednej scenie jednocześnie. Może jakaś wspólna piosenka?
- Nie zgadzam się. Mój głos jest o wiele gorszy od twojego, wypadłbym tragicznie.
- Przesadzasz.
- Wcale nie.
- Chodź spać, już późno.
- Chętnie.
- Dobranoc.
- Dobranoc, marzycielu.

*

Nadszedł dzień wymuszonego wyjazdu. Gdy tylko menadżerowie Adama, Sashy i braci dowiedzieli się, co się stało, od razu zarządzili powrót do domu. Od ich decyzji nie było odwołania, więc nawet sprzeciw Billa nie miał tutaj wielkiego znaczenia. Mus to mus.

Pierwsza taksówka miała zabrać bliźniaków na lotnisko. Ich samolot odlatywał jako pierwszy, a wspólna podróż we czwórkę nie wchodziła w grę. Ryzyko było zbyt duże.

- Czekam na ciebie pod koniec miesiąca – szepnął Lambert przed kolejnym pocałunkiem.
- Zrobię wszystko, co będę mógł.
- Trzymaj się.

Bracia Kaulitz zgodnie weszli do samochodu, żegnając się ze swoimi drugimi połówkami. Adam zdążył jeszcze przytknąć palce do szyby. Bill odpowiedział tym samym. Ich dłonie zetknęłyby się ze sobą, gdyby nie bariera z zimnego szkła.

- Nie przesadzacie? – Tom pokręcił głową. Jego narzekanie nie przeszkodziło mu przesłać Sashy pożegnalnego całusa.

Taksówka ruszyła ostatecznie rozdzielając obie pary.

Z początku bracia trwali w ciszy, jak gdyby wciąż tkwiąc myślami w momencie pożegnania, lecz po kilku minutach ten stan minął.

- David coraz bardziej naciska.
- Taa. Mam tylko nadzieję, że nie wpadnie na właściwy trop. To byłby koniec dla nas obu.
- Rób co chcesz, ale ja nie oddam Sashy.
- Chyba się przesłyszałem – zaśmiał się na widok zdeterminowanej miny Toma. – Mój brat się zakochał?
- I właśnie dlatego tym razem nie ustąpię – funknął w odpowiedzi. Bill również spoważniał.
- Ja też nie zamierzam rozstawać się z Adamem.
- Masochiści…
- Coś mówiłeś pantoflarzu?
- Że co?!
- Hahaha, ałć… - syknął, zwracając wzrok ku swojej dłoni, która nadal była obwiązana bandażem.
- Jak właściwie rozwaliłeś sobie rękę?
- Mówiłem ci już, że to przez szkło. Tak strasznie nawaliłem tego wieczoru…
- E? Ale jak to?
- Zachowywałem się jak dziecko. Podczas gdy Adam jako jedyny z nas zachował zimną krew, ja błądziłem jak nienormalny i nie ogarniałem nic. Mogłem zginąć, gdyby nie on.
- Nie przesadzasz?
- To Adam zasłonił mnie własnym ciałem i wyprowadził z budynku, kiedy ja spanikowałem i jedyne o czym myślałem to to, że coś ci się mogło stać. Podobno jedyne co byłem w stanie powiedzieć to „Tom”.
- Aż dziw, że tak się o mnie martwiłeś.
- Miałem się nie martwić? Jesteś moim bratem bliźniakiem! Nie mów, że nie martwiłbyś się, gdyby mi coś groziło.
- Martwiłbym się i to jak! Zwłaszcza, że jesteś niedojdą.

*

Opóźniony lot sprawił, że dotarł do miasta dopiero późnym popołudniem. Jakby niedogodności związane ze zmianą stref czasowych nie wystarczyły!

Nerwowo bawił się swoimi włosami, podczas gdy taksówka usiłowała przebić się przez kolejny korek, i tak mniejszy niż zazwyczaj. W głowie próbował ułożyć sobie plan działania na najbliższe dwa dni, tylko tyle udało mu się wygospodarować ze swojego grafiku. Dla niektórych bezsens, lot kilka tysięcy kilometrów od domu dla dwóch dni odpoczynku, dla niego jednak te 48 godzin było bezcenne, gdyż wiedział, że przez długi czas nie będzie miał szansy na powtórkę. Gdzie on miał głowę, wiążąc się z innym wokalistą, na dodatek z homoseksualną sławą? Perfekcyjny strzał w stopę, panie Kaulitz.

Zerknął na komórkę. 29. stycznia godzina 19:45 wg tutejszego czasu. Oby miał jeszcze chwilę na przebranie się.

*

- Nareszcie!!! – westchnął i runął na łóżko. Po całym dniu był już tak wycieńczony, że marzył tylko o śnie. Nie przebierał się, przecież może spać w szlafroku. Albo bez.

Ułożył się wygodnie i przymknął powieki. Powoli odpływał.

Trzask drzwi.

- Jestem! – usłyszał. Bill. – Jesteś u siebie?
- Tak, idę spać! – odpowiedział głośno Adam. – Jestem wykończony!
- Przyleciałem do ciebie, a ty idziesz spać?
- Bill, proszę! Zaraz padnę…
- Poczekaj chwilę, już idę! Chcę ci złożyć życzenia!
- Niech będzie…

Półprzytomny przewrócił się na plecy i poprawił szlafrok. Przetarł twarz, próbując się choć odrobinę rozbudzić.

Słyszał coraz głośniejsze kroki. Najpierw rozbrzmiewały na schodach, potem na piętrze. Było w nich coś nietypowego, a może tylko mu się wydawało.

Właśnie ziewał, gdy uchyliły się drzwi. To, co ujrzał sprawiło, że przez następne kilka chwil leżał z szeroko otwartymi ustami.

- B…Bill?
- Przyniosłem ci telefon. Dzwonił w kuchni – rzekł z uśmiechem, odkładając przedmiot na półkę. – Mam też dla ciebie prezent urodzinowy – dodał, po czym zamknął za sobą drzwi.

Adam dokładnie lustrował stojącą przed nim postać. Wodził wzrokiem od twarzy pokrytej warstwą ostrego makijażu i ozdobionej prowokacyjnym uśmiechem, do wysokich do kolan butów na cienkim obcasie. Skórzana kurtka oraz spodnie opinały szczupłe ciało.

- Tego się nie spodziewałeś – mruknął chłopak, widząc wciąż zdezorientowaną minę swojego partnera. Oblizał prowokacyjnie usta.
- Zabiję cię chyba. Akurat dzisiaj… Kiedy nie mam siły…
- To twój problem – zaśmiał się i zrobił kilka kroków wprzód. Wszedł na łóżko klękając nad Adamem. Patrzył wprost w jego błękitne oczy.
- Serio, nie podoba mi się to.
- Ja czuję co innego.
- Znęcasz się nade mną.
- To dopiero początek.

Podniósł się i wsunął dłoń do kieszeni kurtki, by za moment wyciągnąć stamtąd parę kajdanek.

- Zwariowałeś! – skwitował Lambert, jednak nie bronił się przed rękami, które spokojnie zatrzasnęły metalową obręcz na jego prawym nadgarstku.
Smukłe palce przejechały w dół jego klatki piersiowej. Dłonie okalały czarne rękawiczki. Skórzane jak reszta stroju.

Ostrożnie położył się na swoim partnerze. Jego plecy lekko przygniatały co i raz poruszającą się klatkę piersiową.

- Dobrze ci radzę, przestań.
- Dlaczego? – zaśmiał się. – Przecież to lubisz – zamruczał, przesuwając pośladkami po znajdującym się pod nimi wybrzuszeniu.
- Błagam cię, stracę kontrolę.
- Więc ją strać.
- Będę niedelikatny.
- Bądź.
- Zrobię ci krzywdę.

Nie odpowiedział. Przemyślał wszystko już dużo wcześniej. Rozważył „za” i „przeciw”. Nie cofnie się teraz.

Zaprowadził wolną rękę mężczyzny na swoją klatkę piersiową. Suwak kurtki zjechał w dół. Dłoń zanurzyła się pod grubą warstwą materiału, by natrafić na kolejny element garderoby. Gdy tylko Lambert spróbował pokonać kolejną przeszkodę, jego kochanek odsunął się na bezpieczną odległość. Obaj uśmiechnęli się porozumiewawczo.

- Ostrzegałem cię…

Skórzana kurtka wylądowała na podłodze. Chude ciało oświetlała jedynie znajdująca się przy łóżku lampka, okna były zasłonięte.

Dwudziestolatek siedział na kolanach, w lekkim rozkroku. Odsunął dół swojej obcisłej koszulki, odsłaniając tym samym jasną skórę brzucha. Głośno westchnął.

Położył się na plecach, bokiem do związanego mężczyzny. Uniósł lewą nogę i rozpiął suwak. Uwolnił się od skórzanego buta, który z hukiem wylądował na podłodze. Zaraz za nim podążył drugi.

Podniósł się i poczołgał do swojej ofiary. Klęknął przy jej lekko rozłożonych nogach. Powiódł dłońmi w górę nagich umięśnionych ud. Wyprężył się jak kot.

- Zaskoczyłeś mnie – przyznał Adam. Oblizał wargi. Robiło mu się sucho w ustach. – Nie spodziewałem się tego po tobie.

W odpowiedzi otrzymał jedynie cwany uśmiech swojego partnera, który zaczął rozpinać swoje spodnie. Nie spieszył się, to nie zawody. To występ.

Guzik. Suwak. Powoli wsunął rękę pod materiał. Obserwował minę ciemnowłosego mężczyzny, wprost zafascynowanego widokiem wybrzuszenia poruszającego się pod spodniami.

Po chwili i ta część garderoby podążyła za kurtką, a dwudziestolatek rozsiadł się na biodrach człowieka, w ciele którego budził się demon.

Widział ten wzrok, wypełniony rosnącym pożądaniem. Słyszał niespokojny oddech.

Pocałował miękkie usta. Odsuwając się, przygryzł dolną wargę.

Ponownie się wycofał. Koniec zabawy. Czas na coś mniej dla niego przyjemnego, lecz czy fakt, iż wywoływał niebezpieczne reakcje ciała swego kochanka był czymś, co nie było warte tej chwili pracy?

Rozsunął materiał szlafroka, nachylił się nad najwrażliwszym miejscem męskiego ciała. Kontakt wzrokowy. Pytające spojrzenie skrępowanego piosenkarza i pełne determinacji oczy młodszego chłopaka. Oczy niegdyś ślepe, dziś widzące doskonale. Widzące każdy szczegół i reakcję. Podniecenie.

Wyciągnął język.

Wciąż nie miał w tym wprawy. Czuł się laikiem w stosunkach męsko-męskich. Miał jednak niewielki metalowy atut, który pomagał mu w wykonaniu zadania, a sądząc po słyszanych co i raz jękach, wykonywał je całkiem dobrze.

Zachęcany dźwiękami, które docierały do jego uszu i ruchami drugiego ciała przyspieszył. Dawał z siebie wszystko, pokazywał całą swoją determinację.

Przestał.

Splunął obok łóżka, mając nadzieję, iż Adam mu wybaczy. Poprawka, wiedząc, iż mu wybaczy.

Znów przylgnął do niego plecami.

- Chyba cię zabiję …
- Naprawdę? – odpowiedział pytaniem. Pozwolił, by większa dłoń pociągnęła go za koszulkę. Ona już jest spisana na straty.
- Będziesz tego żałował…
- Zaraz się przekonamy – szepnął mu wprost do ucha, wyginając przy tym ciało w łuk. Po omacku dostał się do łańcuszka, który miał na szyi. Drżącymi palcami otworzył zapięcie. Przy drugim końcu serii połyskujących ogniw wisiał klucz.

Przełknął ślinę.

Obrócił się i znów usiadł okrakiem na ciężkich biodrach. Wcisnął klucz w zamek.

Ostatnie spojrzenie.

Klik!

Skończył przygnieciony do materaca z rękami skrępowanymi po obu stronach głowy. Poczuł ból, gdy usta wprost zaatakowały jego wargi.

„Uwolniłem bestię?”

Wszystko się zmieniło. Nie było tej znanej mu z poprzednich razów czułości. Czuł niezaspokojoną żądzę, to ona kierowała drugim ciałem. Kazała sprawiać mu ból, kiedy paznokcie przejechały po jego ramionach i gdy wzbudzone przyrodzenie wbiło mu się w podbrzusze.

Tu już nie ma, o co walczyć. Z góry wiadomo, kto będzie górą w tym pojedynku.

Dźwięk rozrywanego materiału. Koszulka nie oparła się zachłannym dłoniom, które za wszelką cenę pragnęły dostać się do bladej skóry. Smakować jej. Czuć jej ciepło. Wilgoć.

Z początku jeszcze próbował się opierać, lecz nie miał żadnych szans. Musiał się podporządkować. Spojrzał jeszcze w te półprzymknięte oczy. Nieobecne.

Pocałunki naprzemian z ukąszeniami zasypywały skórę szyi oraz twarzy. Następnie klatki piersiowej. A potem…

Wylądował na brzuchu. Szybko stracił bokserki.

Był przygotowany na ból, choć i tak ciężko mu było go znieść. Czuł się jak w czasie ich pierwszego razu. Pierwsze pchnięcia nie pozwoliły mu myśleć. Potem było już coraz lepiej. Lżej. Luźniej.

Poczuł dotyk na swojej głowie. Palce wplątały się we włosy. Mocne szarpnięcie. Kolejne. Znów ból. Uklęknął, tak było wygodniej.

Nim zdążył przyzwyczaić się do nowego doznania znów wylądował na plecach. Brunet wpił się zachłannie w jego usta, przygniótł go swoim ciałem.

Oddechy mieszały się ze sobą. Obaj byli cali mokrzy od podniecenia, emocji, walki.

Po jakimś czasie przyszło długo wyczekiwane spełnienie. Skurcze ciała. Wilgoć.

Gdy już było po wszystkim opadli na poduszki kompletnie wycieńczeni.

Adam pomału dochodził do siebie. Krew płynęła już wolniej, wracała jasność umysłu.

Przyciągnął do siebie młodszego chłopaka, który wtulił się w jego tors. Ze starannie ułożonej fryzury i makijażu nie zostało już praktycznie nic. Delikatnie odgarnął czarne kosmyki i ucałował spocone czoło.

Dwudziestolatek był w kiepskim stanie. Widać nie była to najlepsza przygoda w jego życiu, choć nie było też tak całkiem źle.

- Ostrzegałem cię. Bałem się, że zrobię ci krzywdę.
- Nic mi nie jest – szepnął półprzytomnie.
- Ale na pewno? Bo jeśli coś jest nie tak…

Młodszy z dwójki odwrócił się w stronę starszego. Czekoladowe tęczówki wpatrywały się w bezkresny ocean.

- Podobało ci się.
- Nawet nie wiesz jak bardzo – zamruczał Adam, przytulając do siebie drobne ciało. Złożył pocałunek na wciąż jeszcze czerwonych ustach. – To był najwspanialszy prezent, jaki dostałem.

Kaulitz przysunął usta do jego ucha. Wydobył się z nich cichy, lecz silny i stanowczy szept.

- W takim razie ja niczego nie żałuję.
Drache